sobota, 18 kwietnia 2015

Pomoc- prosić o nią czy nie?

W czym tkwi problem?
Zadałam samej sobie to pytanie.
Dlaczego jest to dla mnie takie trudne?
Czemu nie potrafię i nie chcę poprosić wprost: potrzebuję pomocy, rady, wsparcia?
Nie, na pewno nie unoszę się honorem i nie to jest przyczyną, że nie zwrócę się o pomoc.
Może dlatego, że nie jestem jeszcze zdesperowana i póki co nieźle daję sobie radę? Czasem czuję tylko taki nagły napad lęku: co dalej, jeżeli mi się nie uda czegoś wymyślić lub znaleźć jakiegoś sposobu na poprawę?

Nagły przebłysk geniuszu podsuwa odpowiedź na moje przewodnie pytanie.
Wiem dlaczego nie potrafię o nią prosić- o pomoc.
Ze strachu przed odmową i żeby dodatkowo na tym nie stracić. Brzmi dziwnie co?

Tak, chodzi o to żeby nie stacić kogoś ze znajomych, przyjaciół lub nawet kogoś z rodziny.
Spójrz, czy nie zdarzyło Ci się, że zwróciłeś się do kogoś z prośbą o pomoc- i nie chodzi mi tu tylko o finanse, ale o każdą formę wsparcia- a ten ktoś, na kogo w duchu liczyłeś, odmówił, zbył Cię lub co gorsza zlekceważył? Zakładam, że większość osób zwraca się do takiej osoby, którą zna i wie czy poszukiwana forma wsparcia jest w jej zasięgu.
Zastanów się przez chwilę i odpowiedz sobie szczerze: czy Twoje relacje z tą osobą nie pogorszyłyby się bądź całkiem zanikły? Jeżeli nie, to gratulacje.
Owszem starałabym się to sobie jakoś racjonalnie wytłumaczyć. Mimo to, czułabym się zawiedziona. Od tej chwili zaczęłabym postrzegać mojego niedoszłego wspomożyciela zupełnie inaczej. Kto wie, czy ta osoba nie stałaby się dla mnie obojętna. A co za tym idzie, skreśliłabym ją z mojej szczególnej listy bliskich mi osób...

Boję się poznać prawdę. Prawdę o ludziach.


niedziela, 12 kwietnia 2015

Cichy bohater

W moich wcześniejszych postach (patrz zakładka Blog bardzo osobisty) przedstawiłam problem alkoholowy, który dotknął mojej rodziny. Jednak nie tylko taki obraz wspomnień mam w swojej głowie.

Być bohaterem przez minutę, godzinę jest o wiele łatwiej,
niż znosić trud w cichym heroizmie”
Fiodor Dostojewski

Mam w pamięci niezwykły zapis historii o bardzo dzielnej osobie.
To osoba wychowana jedynie przez mamę wśród dwójki rodzeństwa. Ojciec alkoholik zostawił ich, gdy byli jeszcze małymi szkrabami. Ich mama radziła sobie najlepiej jak tylko mogła z wychowaniem całej trójki. Sama niosąc ze sobą ciężki bagaż doświadczeń z dzieciństwa- w czasie II wojny światowej, będąc sierotą w wieku dziesięciu lat została wywieziona do prac przymusowych do Niemiec. Po takich doświadczeniach naprawdę nie powinien dziwić fakt, że nie potrafiła okazywać uczuć swoim dzieciom, choć z całą pewnością bardzo je kochała.

Wsród tej trójki wychowywała się niezwykła osoba- i nie to, że pozostałe nie były niezwykłe- ta osoba, to ktoś dla mnie szczególnie ważny i wyjątkowy. Z jej opowiadań zrozumiałam, że jest osobą o pięknym umyśle i wyjątkowej wyobraźni jak na tamten dość szary i smutny okres. 
Z silnym pragnieniem akceptacji i miłości, zanurzała się w lekturach niezliczonych książek, próbując choć w części je ugasić. Po czasie wiem, że nie udało się niczym wypełnić tej pustki.
Lata Dzieci kwiatu* to dla tej osoby okres buntu i chęć jak najszybszego wyrwania się z domu. Próba samodzielności i poszukiwań upragnionej miłości skończyła się przedwczesnym zobowiązaniem. Deklaracją miłości i wierności po grób- czyli małżeństwem.
Sielanka zauroczenia i wyobrażeń o romantycznej miłości szybko legła w gruzach. Do tanga (tudzież życia w związku) trzeba dwojga- mówią mądre słowa jednej ze znanych piosenek Budki Suflera. Związek dwojga ludzi nie potrafiących kochać samych siebie, a co dopiero innych okazał się porażką. A na świat przyszło pierwsze dziecko- dziewczynka.
Bohater mojego opowiadania musiał odnaleźć się w tej trudnej sytuacji. Nie mając dokąd pójść i nie patrząc na swoje cierpienie, stara się dzielnie znosić trudy rodzicielstwa i odpowiedzialności. Bez uskarżania się na los, bity i poniżany, stara się na miarę swoich sił i możliwości sworzyć iluzję prawdziwej rodziny. Ciężka praca zarobkowa, ciążące obowiązki i odpowiedzialność wyczerpują z sił. Podczas, gdy ledwo udaje się udźwignąć obowiązki związane z wychowywaniem jednego malucha- z różnicą wieku sześciu lat- na świat przychodzi kolejna dziewczynka.
Mój bohater- bez żadnego wsparcia, będąc jednocześnie gnębionym przez kogoś, kto deklarował, że będzie kochać aż do śmierci- wydaje mi się, że i tak świetnie dał sobie radę w tak trudnym położeniu. Nie wiem jak ja poradziłabym sobie w takiej sytuacji...

Dzięki tym wysiłkom, poświęceniu i oddaniu, wyrosły dwie dziewczyny- dziś już dorosłe kobiety.

Jestem wdzięczna Bogu i losowi, że trafiłam na tak dzielną osobę. Choć było ciężko, wiem, że się starałaś i robiłaś wszystko co w Twojej mocy, żeby nam niczego nie brakowało. 
Bez względu na wszystko zawsze będę to doceniać i wiem, że Twój cały trud nie poszedł na marne...

Człowiek jest tylko człowiekiem. Każdy ma swoje granice wytrzymałości.

Dlatego nie mam o nic żalu, rozumiem i wybaczam Twoją ucieczkę. Ucieczkę w nałóg alkoholowy.

KOCHAM CIĘ MAMO I ZAWSZE BĘDĘ.


Ps. Jutro są Twoje urodziny. 

niedziela, 5 kwietnia 2015

Nie z tego świata

Prawdę mówiąc a raczej pisząc, nie wiem jak to ująć. Ujęte wprost brzmiałoby: odnoszę przedziwne wrażenie, że jestem jakby nie z tego świata. Być może zaszła jakaś pomyłka czasoprzestrzenna względem mojej osoby. Nie ten wymiar, czy co?

A tak na serio, to czuję się czasem jakoś dziwnie.

Choćby ostatnio.
W sklepach jak zwykle szał zakupów i przygotowań do świąt. A ja w najlepsze chciałabym gdzieś zwiać- najlepiej na inną planetę- i przeczekać do czasu jak wszystko wróci do „normy”. Po zapowiedzi, że zamówię pierogi i nie zrobię w tym roku sałatki jarzynowej- popadłam w niełaskę u rodziny. Facebook zasypany zdjęciami wspaniałych potraw i ciast- a ja no cóż, chętnie bym pojadła, ale do gotowania mnie nie ciągnie. Jakaś dziwna się ulęgłam, przysięgam. Tu się obnażę: niby ze mnie kobieta a gotować nie lubię. Za to jeść bardzo chętnie. I Bogu dziękować, że na bieżąco udaje mi się spalać efekty zespołu podjadania. To pewnie przez intensywny proces myślowy, który pochłania większość kalorii.

Podobne uczucie typu: „ja tu chyba nie pasuję” uderza mnie również podczas rozmów. Wtedy to już mam mnóstwo wątpliwości czy aby na pewno jestem stąd. Czy może nazbyt jasno się nie wyrażam, czy mam problem z komunikacją, że mój rozmówca i ja kompletnie się nie rozumiemy? Czy to ja jestem inna, czy ten ktoś? Ponieważ zawsze w pierwszej kolejności szukam przyczyny w sobie, więc zakładam, że widocznie ze mną jest coś nie tak.

Żeby pasować do świata, musisz myśleć, mówić i robić jak otaczający cię ogół ludzi. Chyba, że masz odwagę mówić i robić to, co czujesz.
Gratulacje i szacun dla tych, którzy ją mają. Odwagę żeby nikogo nie udawać i nie zmuszać się do tego, na co się po prostu nie ma ochoty. Mówić jak jest i nie poddawać się żadnym nakazom lub temu, czego oczekują od nas inni.
Taka postawa dla wielu jest niezrozumiała i wiąże się z obkurczeniem listy bliskich i znajomych.

Ciężko jest być wiernym sobie. Przygniata nas za dużo oczekiwiań, obowiązków i myślenie typu: „bo tak wypada”.

A ja czuję widocznie inaczej i myślę sobie, że jestem nie z tego świata.

środa, 1 kwietnia 2015

Apetyt na życie

Ogarnął mnie trudny do opisania smutek. 
Niby wszystko jest w porządku, a jednak gdzieś tam w środku czuję smutek. Taki nostalgiczny. Tęsknotę za tym, co przeminęło. Co już nigdy nie powróci. Smutek z powodu przemijania i nieodwracalności wydarzeń. 
Smutek podszyty lękiem i bezradnością. To świadomość jak mało mamy czasu tu na ziemi, a ile jeszcze chciałoby się rzeczy zrobić, poznać, zobaczyć i przeżyć...
Ile chwil jeszcze chciałałoby się spędzić z bliskimi...
...Tak mało mamy czasu i tak dużo spraw do nadrobienia.
Mam niepohamowany apetyt na życie. 

Wszystko jest nie tak. 
Ogarnia mnie złość na samą myśl, ile czasu poprostu marnujemy. Nie dlatego, że chcemy. Musimy przecież płacić te cholerne rachunki. Zjada nas rząd, system i biurokracja.
Boże, jak mało z życia nam zostaje. Takie ochłapy czasu. Nie wiadomo w ogóle jak zagospodarować tę parę chwil. Przecież trzeba czasem odpocząć. Jak w tym wirze znaleźć czas poświęcony dla bliskich i dla nas samych? Jak realizować pasje, marzenia? Coś tu jest nie tak. To jest chore.


Wiem, że takim myśleniem tylko się nakręcam. Ale jak tu nie myśleć, kiedy wyraźnie czuję, że nie tak powinnam żyć. Nie chcę tak żyć. 
I proszę, niech mi nikt nie próbuje wmówić, że mogę wszystko zmienić. Ja wiem ile dziś mogę. Na ile pozwala mi sytuacja życiowa i materialna. Zapewniam. 
Przysięgam, że wykorzystam możliwie jak najlepiej choćby cień szansy na zmianę.

Cóż pozostaje. Trzeba jakoś sobie radzić, żeby nie zwariować. 
Żyć z całych sił. I wyciskać z niego ile się tylko da. Nawet jeżeli niewiele nam z niego pozostaje.